sobota, 3 listopada 2012

Rozdział jedenasty.


- Jak on się czuje ? - zapytał się Scooter. Aktualnie siedzę u niego w pokoju.
- Śpi jeszcze, ale w nocy nie wyglądał za dobrze. - mężczyzna westchnął ciężko.
- Trzeba będzie odwołać koncerty i wracać do la. - Braun zaczął coś klikać w telefonie.
- Kiedy ?
- Jeszcze dziś. Za jakieś dwie godziny. Nie chcę, żeby młody się gorzej rozchorował. Powiadomisz chłopaków ? - kiwnęłam głową na tak po czym wyszłam z pokoju i ruszyłam do siebie. Oczywiście w salonie siedzieli nie kto inny niż Jason i Chaz oglądających telewizję. Podeszłam do nich i wyrwałam Somersowi pilot. Wyłączyłam urządzenie. Od razu z gęb chłopaków można usłyszeć jęki.
- Pakować się. Wyjeżdżamy. - spojrzeli na mnie jak na idiotkę. Nie wiem co w tych słowach jest nie zrozumiałego. - Ogłuchliście czy co kurwa ? Wasz przyjaciel jest chory i musimy wracać. - rzuciłam pilot na łóżko. Nie chciało mi się więcej z nimi dyskutować więc poszłam do Biebera. Chłopak leżał, ale nie spał. Usiadłam na łóżku. Szatyn odwrócił się w moją stronę. Był cały blady. - Jak się czujesz ?
- Do dupy. - odpowiedział zachrypniętym głosem.
- Scoot powiedział, że wyjeżdżamy dziś. - chłopak westchnął po czym usiadł na łóżku i zaczął kaszleć. Przyłożyłam swoją dłoń do jego czoła. Miał trochę ciepłe.
- O której ?
- Za dwie godziny. - podałam mu termometr, który włożył do ust. - Pomóc ci się spakować ? - szatyn wyciągnął termometr i podał mi go. Niestety miał stan podgorączkowy.
- Dam radę. - uśmiechnął się delikatnie co odwzajemniłam. Od kiedy ja to robię ?
- Okej.
    Poszłam do siebie i zaczęłam wszystkie rzeczy wrzucać do walizki. Nie chciało mi się tego wszystkiego składać, a potem układać. Bezsensu. Spakowanie zajęło mi pięć minut z czego jestem dumna. W sumie to się nie dziwię, że tak szybko. Spakowane torby położyłam obok drzwi wyjściowych. Usiadłam na walizce i czekałam za nim ktoś przyjdzie i powie, że jedziemy. No, ale z moich obliczeń to chyba mamy jeszcze godzinę. Mogłam jednak wszystko ładnie poukładać, ale trudno. Napisałam sms do przyjaciół, że wracam do la i, że za nimi tęsknie. Tak, to było dziwne z mojej strony. Po chwili z pokoju wyszedł Bieber. Położył swoją walizkę i usiadł obok mnie. Po około dwudziestu minutach przyszedł Scooter z wiadomością, że wyjeżdżamy.
*
    Po czterdziestu godzinnej podróży wreszcie dojechaliśmy. Ostatni raz jadę gdzieś busem. Aktualnie jestem w swoim pokoju za którym strasznie tęskniłam. Przywiązałam się do niego. Postanowiłam, że od razu wypakuje wszystkie rzeczy i tak też zrobiłam. Zajęło mi to niecałe dwadzieścia minut. Potem wzięłam prysznic i ubrałam się w pidżamę. Położyłam się do łóżka i zasnęłam.
* 2 dni później
- Hej mamo. - pocałowałam kobietę w policzek na co się delikatnie uśmiechnęła.
- Witaj córeczko. A ty co w takim dobrym humorze ?
- Miley wraca za pięć dni. - wyszczerzałam się. Wreszcie moja przyjaciółka wraca. Będę miała z kim pogadać, połazić itp. Nie mogę się doczekać kiedy znowu będziemy się spotykać i gadać o bezsensownych rzeczach. Brakuje mi jej żartów, jej śmiechu i oczywiście głupoty. Nie lubię jak mnie zostawia.
- No to się pewnie doczekać nie możesz.
- Owszem. Mamo, idę na kolację. Trzymaj się. - ruszyłam w stronę baru, która znajdowała się na przeciw recepcji. Niestety restauracja na górze jest zajęta z powodu jakieś imprezy.
- Hej. - usiadłam obok chłopaków, którzy o czymś rozmawiali.
- A zapytać się czy mogę się dosiąść to nie łaska ? - oburzył się Jason. Somers i Bieber zaczęli się z niego śmiać.
- Nie łaska. - wytknęłam mu język po czym zaczęłam jeść..
- Idziemy zobaczyć na imprezę ? - zapytał się Chaz patrząc na nas.
- Ja się nie piszę. - odpowiedziałam.
- Nie mam jakoś ochoty. - westchnął szatyn.
- A ja chętnie pójdę ! - krzyknął Jason. Co za debil.
- Spoko. To my idziemy. - tak oto Somers i Green w wesołych humorach poszli na dyskotekę.
    Razem z Bieberem wyszliśmy z baru kierując się w stronę windy. Wcisnęłam guzik i czekaliśmy aż przyjedzie.
- Witaj syneczku ! - szatyn odwrócił się, a ja zaraz za nim. Stał tam mężczyzna ledwo trzymający się na nogach.
- Co tu robisz !? - krzyknął chłopak.
- Jak to co ? - zaśmiał się mężczyzna i ruszył w naszą stronę. - Przyszedłem odwiedzić mojego syneczka. - rozłożył ramiona w celu przytulenia "syna", lecz on go odepchnął.
- Odejdź ode mnie. Nie jestem kurwa twoim synem ! - syknął.
- Dalej się gniewasz ? - zapytał. - Justinku, było minęło ! Trzeba żyć teraźniejszością.
- Nie rozumiesz, że ja ci tego nigdy nie wybaczę ! - spojrzałam na szatyna. W jego oczach było widać ból, strach i łzy, które po chwili spłynęły po jego policzkach.
- Oh, przestań. Przecież nic ci się nie stało. Tylko masz jakieś małe rany czy co tam. - po raz kolejny się zaśmiał. Chciało mi się rzygać.
- Nic ? Ty to wszystko nazywasz nic ? Gdyby nie matka już dawno by mnie nie było ! A no racja. Przecież oto ci chodziło, ale niestety ci nie wyszło. Tak mi przykro z tego powodu. - powiedział z sarkazmem. Oczy mi wyszły na wierzch. Coraz bardziej byłam skrępowana tą sytuacją.
- Zapomnij. - mężczyzna machnął ręką.
- Zapomnieć ? A nie pomyślałeś, że to dla mnie trudne ? Że nie potrafię zapomnieć ? Nigdy ci tego nie wybaczę ! Nie chce cię tu nigdy widzieć. - ostatnie zdanie powiedział spokojnie.
- Jeszcze się spotkamy syneczku. - już chciał iść, ale chyba o czymś sobie przypomniał. - Aha. Życzę wam szczęścia. - po tych słowach wyszedł. Bieber odetchnął po czym otarł dłońmi łzy.
- Przepraszam. - zwrócił się w moją stronę.
- Nic się nie stało. - weszliśmy do windy. Chłopak oparł się o jedną ze ścian. - Twój ojciec ? - zapytałam szeptem.
- Ja nie mam ojca. - po jego policzkach znowu zaczęły łzy płynąć. Zaczynam żałować, że zadałam to pytanie.
- Przepraszam. - wyjąkałam. - Nie wiedziałam.
- Spoko. - winda stanęła. Ruszyliśmy przez hol. Po chwili stanęliśmy obok swoich pokoi. Było mi głupio. Sama nie wiem czemu. Nie chciałam zostawiać Biebera samego.
- Chcesz zostać sam ? - zapytałam patrząc się na niego. Chłopak pokręcił przecząco głową. - Dotrzymać ci towarzystwa ? - uśmiechnęłam się delikatnie.
- Jakbyś mogła. - odwzajemnił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz